Artykuły

Za co zapłaciliśmy Tomaszowi Lisowi ponad pół miliona?

Opublikowane 24/06/2016

1,8 mln zł trafiło w ciągu 4 lat do mediów związanych z Tomaszem Lisem z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. W tym ponad 565 tys. zł do należącej do niego spółki wydającej NaTemat.pl oraz INNPoland.pl, tuż po tym jak ten drugi portal został uruchomiony.

http://gf24.pl/wydarzenia/kraj/item/145-za-co-zaplacilismy-tomaszowi-lisowi-ponad-pol-miliona

Czytaj więcej

Cena spokoju

Opublikowane 24/06/2016

Krytykujący Narodowe Centrum Kultury (NCK) dziennikarz „Gazety Wyborczej” otrzymał kontrakt na wydanie książki od państwowej instytucji. Zaprzestał krytyki. Dyrekcja NCK miała też wyciszyć sprawę – opisywanego w mediach mobbingu – na polecenie ówczesnego ministra kultury w rządzie PO – Bogdana Zdrojewskiego.

http://gf24.pl/wydarzenia/kraj/item/122-cena-spokoju

Czytaj więcej

Cena milczenia

Opublikowane 24/06/2016

Zlecenie organizacji dwóch debat za 61,5 tys. zł dla Glob360, spółki będącej właścicielem portalu NaTemat.pl, a także ponad 60 tys. zł dla trójki pracujących tam dziennikarzy – przekazało Narodowe Centrum Kultury (NCK). Intratne zlecenia na ponad 120 tys. zł poprzedziło usunięcie z portalu tekstu opisującego znęcanie się nad pracownikami (mobbing) przez kierownictwo tej państwowej agendy.

http://gf24.pl/wydarzenia/kraj/item/121-cena-milczenia

Czytaj więcej

Taśma Bronisława Komorowskiego

Opublikowane 24/04/2015

Czego dotyczyła rozmowa prezydenta Bronisława Komorowskiego z biznesmenem Krzysztofem W.? Jak powstało nagranie? Odpowiedzi na te pytania znajdują się w nieopublikowanym materiale, który w 2011 roku trafił do kierowanej przez Pawła Lisickiego redakcji „Rzeczpospolitej”.

Ubiegłoroczna tzw. „afera taśmowa” zaabsorbowała opinię publiczną i media. Opublikowane przez tygodnik „Wprost” nagrania z rozmowami najważniejszych osób w państwie, polityków i dziennikarzy dotyczyły lat 2011-2013. Prawdziwa afera miała jednak wybuchnąć znacznie wcześniej niż w 2014 roku bo w połowie 2011 – tuż przed wyborami parlamentarnymi.

Do redakcji dziennika „Rzeczpospolita” kierowanej wówczas przez Pawła Lisickiego trafił tekst zatytułowany „Co kryje archiwum pana Krzysia?” dotyczący zarekwirowanego przez policję „archiwum” haków na najważniejsze osoby w państwie. Wśród nagrań z tysiącami godzin zarejestrowanych rozmów najważniejszych ludzi w państwie znajdowała się m.in. taśma z 2007 roku zawierająca rozmowę wpływowego biznesmena z Bronisławem Komorowskim.

Materiał do redakcji „Rzeczpospolitej” trafił za pośrednictwem Piotra Nisztora – tego samego, który w 2014 roku przyniósł taśmy z lat 2011-2013 do redakcji tygodnika „Wprost”. Dlaczego tytułujący się „Niepokornym” Paweł Lisicki nie zdecydował się na publikację materiału, którego treść wskazywała, że na PiS były zbierane haki?

Od red. Lisickiego – obecnie naczelnego tygodnika „Do Rzeczy”, który wydaje właściciel „Wprost” próżno oczekiwać odpowiedzi. Na pytania dot. nieopublikowanego tekstu z 2011 roku nie ustosunkował się w wyznaczonym terminie. Warto zaznaczyć, że materiał był gotowy 19 lipca 2011 roku, czyli już po zmianie właściciela „Rzeczpospolitej”. Co kierowało Lisickim w chwili zaniechania publikacji?

Taśma taśmie nie równa

Proceder nagrywania rozmów najważniejszych osób w państwie nie jest niczym nowym. Do historii przeszły ujawnione rozmowy Józefa Oleksego czy dyrektora Radia Maryja – Tadeusza Rydzyka. To właśnie tamte nagrania – podobnie jak treść spotkania Lwa Rywina z Adamem Michnikiem, ukazały III RP bez maski.

Politycy, dziennikarze i biznesmeni od 2011 roku – czyli od rozniesienia się „na mieście” historii o pokaźnym, zarekwirowanym archiwum Krzysztofa W. zaczęli robić listy miejsc, w których lepiej się nie spotykać (ze względu na podsłuchy). Inni – zainspirowani historią Krzysztofa W., zaczęli budować swoje własne archiwa.

Odpowiadając na pytanie „kto nagrywał?”, które najczęściej padało w ubiegłym roku trudno nie odpowiedzieć inaczej jak „wszyscy”. Liczba taśm „na mieście” – takich jak te sprzed roku, jest niemożliwa do oszacowania. Samo archiwum W. zawierało tysiące godzin nagrań. Nowszych nagrań (powstałych już po 2011 roku) – zawierających zazwyczaj bezwartościowe (z punktu widzenia „rynku”) informacje – jak wywody i wierszyki byłego ministra MSW czy szlochania byłego ministra transportu, który do dziś nie może uwierzyć, że został wliczony w koszty wojny dwóch firm zajmujących się PR i reklamą, jest najpewniej jeszcze więcej.

Warto jednak przypomnieć historię, która miała nigdy nie ujrzeć światła dziennego – historię mody na nagrywanie:

 

 

Co kryje archiwum pana Krzysia?

Śledztwo „Rz” / Krzysztof W., zatrzymany za przemyt papierosów, od lat spotykał się z politykami, oficerami służb, biznesmenami. Prowadzone rozmowy nagrywał.

25 czerwca 2011 r. na lotnisku w podkrakowskich Balicach ląduje samolot tureckich linii ULS Airlines Cargo, z ponad 38 tonami papierosów na pokładzie. Transport wysłała zarejestrowana w Turcji spółka Avrasya Elektrik Elektronik. Odbiorcą ma być krakowska firma Core, w której imieniu po towar zgłaszają się Andrzej K. i Krzysztof W. Transakcja kończy się jednak fiaskiem. 28 czerwca obydwaj mężczyźni zostają zatrzymani przez krakowską policję. Następnego dnia funkcjonariusze o godzinie 6 rano wkraczają do domu Krzysztofa W. i rozpoczynają przeszukanie. Zrywają podłogi, rozpruwają meble, sprawdzają ściany. W czasie wielogodzinnych poszukiwań odkrywają ostrą amunicję do broni sportowej. Znajdują również kamizelki kuloodporne, kilka kart sim, dyktafony oraz materiały do fałszowania funtów brytyjskich. Jednak najbardziej zaskakującym znaleziskiem jest coś innego – dziesiątki zapisków, tysiące dokumentów i godzin nagrań, które mogą kompromitować najbardziej wpływowych polityków zarówno koalicji rządzącej, jak i opozycji.

Krakowska prokuratura badająca sprawę przemytu tureckich papierosów jest bardzo oszczędna w słowach. Poinformowała tylko, że W. usłyszał zarzuty m.in. posługiwania się fałszywymi dokumentami oraz nielegalnego posiadania amunicji. Następnie został na trzy miesiące aresztowany. Według RMF FM podczas przesłuchania ujawnił, że jest współpracownikiem jednej z polskich tajnych służb. -Cała operacja mogła być od miesięcy misternie przygotowywana przez służby, aby rozpracować gang przemytników papierosów. Jeśli tak było to trzeba wyjaśnić, dlaczego lokalna policja wszystko zepsuła – mówi „Rz” osoba związana ze służbami, która kilka dni przed zatrzymaniem rozmawiała z W. Czy faktycznie była to ściśle tajna operacja służb, czy zwykła próba przemytu papierosów? Nie wiadomo. Sprawa musi być jednak bardzo poważna, bo śledztwo zostało całkowicie utajnione. Z nieoficjalnych informacji „Rz” wynika, że głównym powodem takiej decyzji są nie tylko znalezione podczas przeszukania kontrowersyjne materiały, ale także bardzo obszerne i nie mniej sensacyjne zeznania składane przez samego W. -W służbach wszyscy są postawieni na nogi, w końcu za kilka miesięcy są wybory, a w całej sprawie pojawia się bardzo dużo nazwisk polityków z pierwszych stron gazet – mówi „Rz” wysoki rangą oficer ABW.

Szerokie kontakty na każdym szczeblu

O bogatym archiwum 60-letniego Krzysztofa W. od lat krążyły legendy. Z rozmów przeprowadzonych przez „Rz” ze znającymi go ludźmi wynika, że może on posiadać bardzo wiele sensacyjnych materiałów. Wśród nich m.in. ściśle tajny aneks do raportu z likwidacji WSI, teczki znanych polityków i biznesmenów współpracujących zarówno z PRL-owskimi służbami specjalnymi, jak i tymi powstałymi po 1989 r., wiele dokumentów dotyczących przepływu pieniędzy z handlu bronią, a nawet dokumentację medyczną potwierdzającej, że niektórzy znani politycy mają „pozamałżeńskie” dzieci. Wszystko uzupełniają nagrania z odbywanych przez niego spotkań oraz sporządzane na maszynie wewnętrzne notatki. -Na pewno tylko niewielką część tych materiałów trzymał w domu, w końcu to profesjonalista – twierdzi w rozmowie z „Rz” emerytowany pułkownik WSI, który zna W.

Zresztą lista znajomych „pana Krzysia z Żywca” – jak jest powszechnie nazywany – jest bardzo długa. Od wpływowych hierarchów kościelnych, przez generałów wojska polskiego, wysokich rangą oficerów służb, na znanych biznesmenach skończywszy. Zresztą z niektórymi z nich sam prowadził interesy. Jakie? -Trudno powiedzieć, on zajmuje się wszystkim. Od diamentów, po dzieła sztuki. Skoro dotychczas nie siedział to musiało być to legalne – przyznaje jeden z jego znajomych. Podkreśla, że ostatnio W. próbował sprzedać posążek staroegipski przedstawiający siedzącego Ibisa. -Podobno na świecie takich egzemplarzy jest tylko kilka, z czego trzy w muzeach – dodaje.

Jak wynika z ustaleń „Rz” W. nie raz musiał mieć styczność z dziełami sztuki, bo kilka lat temu informował Centralne Biuro Śledcze o międzynarodowej szajce złodziei obrazów. Miał pokazywać nawet zdjęcie przedstawiające jedno z poszukiwanych dzieł. Zresztą do CBŚ przychodził także w innych sprawach. Informował m.in. o działającej pod Kaliningradem fabryce fałszywych studolarówek. Chciał przekazać banknot do przebadania, ale co ciekawe policja nie była tym zainteresowana. O sprawie pisała „Rz”. Wówczas Komenda Główna Policji przekonywała, że wiarygodność Krzysztofa W. jest bardzo niska.

Innego zdania jest jednak jeden z prokuratorów zajmujących się zorganizowaną przestępczością: -Kilka lat temu przyniósł nam znakomity materiał dotyczący rozpracowywanej przez nas grupy przestępczej. Dał nam nagrania, a potem przy kawie opowiadał o bardzo interesujących sprawach – powiedział „Rz” prokurator.

Sprawdziliście kto to jest? – pytam.

-Próbowaliśmy, ale poza tym, że jest to człowiek związany ze służbami nic więcej nie udało się ustalić – stwierdził śledczy.

Ma nagranie prezydenta?

W. kontaktował się też ze znanymi politykami. Jedną z takich osób był prezydent Bronisław Komorowski. Z ustaleń „Rz” wynika, że W. spotkał się z nim – jeszcze gdy był posłem – jesienią 2007 r., tuż przed wyborami parlamentarnymi. Spotkanie odbyło się w biurze poselskim Komorowskiego. Zorganizowała je Jadwiga Zakrzewska, posłanka PO. Oprócz W. uczestniczył w nim też płk Roman P., były oficer WSI, potem Agencji Wywiadu. Był on dobrym znajomym Zakrzewskiej. Wolontariacko miał jej nawet pomagać w kampanii wyborczej w 2007 r. W jakim celu W. spotkał się z Komorowskim? Chciał, aby polityk pomógł mu odzyskać od jednego ze szpitali na Mazowszu kilkaset tysięcy złotych za wykonane na jego rzecz w 2002 r. prace z zakresu zieleni.

„Rz” jest w posiadaniu oświadczenia podpisanego przez W. we wrześniu 2009 r., w którym relacjonuje przebieg spotkania: „B. Komorowski powiedział, że jak PO wygra wybory to dostanę zapłatę za wykonaną pracę (…) w ciągu 4-5 miesięcy. Wg B. Komorowskiego gdybym dostarczył jakieś ‚kwity’ na PiS to bardzo by pomogło w mojej sprawie. Już po wyborach w zimie 2008 r. Marszałek [Sejmu] B. Komorowski spotkał się ze mną w swoim biurze poselskim i potwierdził obietnicę pomocy w odzyskaniu należnej mi zapłaty (…) Ja do tej pory nie dałem żadnym kwitów ani na PiS ani na inną partię.”

W. podczas rozmowy miał powiedzieć Komorowskiemu o działalności korupcyjnej jednego z działaczy PO, który miał pomagać za łapówki w odralnianiu ziemi pod inwestycje budowlane.

Dwa lata temu „Rz” pytała o tę sprawę Komorowskiego. Polityk potwierdził fakt spotkania z W. i P. „Faktycznie do mojego biura poselskiego zgłosili się, za pośrednictwem pani Jadwigi Zakrzewskiej, jacyś Panowie. Wydaje się jednak, że miało to miejsce nie przed ale po wyborach parlamentarnych w 2007 roku. Panowie ci sugerowali, że dysponują jakimiś materiałami obciążającymi polityków PiS. Jednocześnie jednak zgłaszali, ubrane w formę prośby o podjęcie interwencji poselskiej, oczekiwanie że pomogę im odzyskać pieniądze za usługę (czy też inwestycję) na terenie szpitala w Radomiu. Nazwisk tych panów nie pamiętam. Pozostawione przez nich materiały oceniłem jako mało wiarygodne i bezwartościowe. Ich samych oceniłem jako typowych naciągaczy” – napisał w 2009 r. Komorowski.

Jednak rok później – w sierpniu 2010 r. – W. złożył zawiadomienie do prokuratury przeciwko Komorowskiemu. Stwierdził bowiem, że polityk chciał od niego kwity na PiS i nie poinformował organów ścigania o przestępstwie swojego partyjnego kolegi, o których mówił mu podczas spotkania w 2007 r. Do pisma załączył podpisane przez płk Romana P. oświadczenie potwierdzające jego wersję przebiegu spotkania z Komorowskim. Sprawa trafiła początkowo do Prokuratury Rejonowej Warszawa-Śródmieście. Została jednak przekazana zgodnie z właściwością do Prokuratury Rejonowej Warszawa-Śródmieście Północ, która odmówiła wszczęcia śledztwa. Nie pomogło też złożone przez W. do sądu zażalenie. Prokuratura nie zajęła się sprawą.

Z ustaleń „Rz” wynika, że tuż po złożeniu zawiadomienia W. zaczął szukać kontaktu z parlamentarzystami PO. -Kilka tygodni przed rozstrzygnięciem drugiej tury wyborów prezydenckich dostaliśmy informacje, że Krzysztof W. opowiada, że posiada rzekomo bardzo kompromitujące nagrania rozmów z Komorowskim, które może ujawnić przed głosowaniem – opowiada „Rz” oficer ABW. Ostatecznie tak się nie stało. Nie wiadomo też, czy faktycznie W. nagrał rozmowę z prezydentem.

Nazwisko W. pojawiło się w już na przełomie 2009 i 2010 r. w kontekście szantażu senatora Krzysztofa Piesiewicza. To właśnie na tej podstawie polityk próbował się tłumaczyć, że padł ofiarą akcji służb. Jak wynika z informacji „Rz” W. został rekomendowany do Piesiewicza przez znanego katolickiego publicystę. Podczas rozmów z senatorem miał przekonywać, że nie dopuści do publikacji kompromitujących materiałów w mediach. Szczegóły szantażu jako pierwsze ujawniły wspólnie „Rzeczpospolita” i „Polsat News”. Potem kilka nagrań na swojej stronie internetowej opublikował „Super Express”. Jednak W. miał Piesiewiczowi proponować coś jeszcze: „haki” na polityków PiS. Czy tak było naprawdę? Senator nie zgodził się na rozmowę z „Rz”.

Czytaj więcej

Przychodzi Lisiecki do Lisa

Opublikowane 04/04/2015

Właściciele tygodnika „Wprost” domagali się od redakcji Tomasza Lisa publikacji ukrytych tekstów reklamowych – wynika z e-maili wysyłanych do niego w 2010 i 2011 r. „Jak już niezależność zostanie okupiona sukcesem i będzie się rewelacyjnie (min. 130 tys. kopii) sprzedawać tygodnik – zrozumiem każde nie” – przekonywała podwładnego Tomasza Lisa (i jego samego) w e-mailach, do których dotarła „Gazeta Finansowa”, żona Michała Lisieckiego.

http://www.gf24.pl/19752/przychodzi-lisiecki-do-lisa

http://www.gf24.pl/19797/przychodzi-lisiecki-do-lisa-skany-e-maili

http://www.gf24.pl/19827/przychodzi-lisiecki-do-lisa-odpowiedzi-m-lisieckiego

Czytaj więcej

Jak to się robi w Warszawie

Opublikowane 21/01/2015

Czy to możliwe, aby Rada Miasta Warszawy chciała zlikwidować działającą firmę, uchwalając plan zagospodarowania przestrzennego w interesie zagranicznego dewelopera? Jaki interes mają władze Warszawy w tym, aby pomagać zagranicznej firmie w budowie elektrociepłowni, przez którą rachunki za ciepło będą wyższe, a inna – strategiczna spółka Skarbu Państwa może stracić miliardy złotych? Czy sąd może orzekać upadłość firmy na wniosek podmiotów, które nie są jej wierzycielami?

W doprowadzenie do upadłości warszawskiej elektrociepłowni Energetyka Ursus i przekazanie jej rynku francuskiej Dalkii, która – jak wszystko wskazuje – chce wygryźć konkurenta – Termikę (należy do kontrolowanego przez państwo Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa), zaangażowali się wpływowi warszawscy prawnicy, urzędnicy i biznesmeni. W tle całej sprawy pojawiają się oficerowie dawnych Wojskowych Służb Informacyjnych i syn prezydenta Bronisława Komorowskiego – Tadeusz, który figuruje jako prokurent w jednej ze spółek zainteresowanych upadkiem Energetyki Ursus. Jeżeli ten plan się powiedzie, koszt poniosą mieszkańcy warszawskiego Ursusa – płacąc za ciepło niemal o połowę więcej niż dotychczas, a także podatnicy, którzy stracą miliardy zainwestowane przez PGNiG w zakup Termiki.

Pechowy przedsiębiorca

Pięćdziesięciotysięczny Ursus to najbardziej wysunięta na zachód dzielnica Warszawy. Niemal połowę mieszkańców w ciepło zaopatruje tu Energetyka Ursus – właściciel elektrociepłowni i oczyszczalni ścieków mieszczących się na terenie starych Zakładów Przemysłu Ciągnikowego. Zakład ma pecha. Należące do niego budynki i urządzenia znajdują się na gruntach, które przejął deweloper (firma Celtic) chcący wybudować w tym miejscu osiedle. Status budynków nie był prawnie uregulowany, a deweloper nie był zainteresowany dogadaniem się z elektrociepłownią, tylko jej usunięciem.

Energetyka Ursus miała długi wobec ZUS-u i Skarbu Państwa. Stanowiły one „spadek” po przekształceniach i były systematycznie spłacane. Nieoczekiwanie dla wszystkich, w kwietniu bieżącego roku, sąd gospodarczy w Warszawie ogłosił upadłość Energetyki Ursus na podstawie zobowiązania wobec Skarbu Państwa z tytułu zaległości wobec ZUS. Wyrok z natychmiastową wykonalnością był kuriozalny, gdyż zapadł z wniosku podmiotu niebędącego wierzycielem tych zaległości.

Wyrok ten uchylono 24 czerwca, by 30 września znów orzec upadłość likwidacyjną, tym razem już na innej podstawie. Powodowe spółki z grupy Celtic Property Developments‏ uzyskały zabezpieczenie roszczeń na kwotę 15,7 mln zł (w formie m.in. wpisów hipotek przymusowych do księgi wieczystej i zabezpieczeń na rachunkach bankowych). Siła argumentów?

Poznajcie Celtic

Celtic i historia nabycia gruntów, na których mieści się elektrociepłownia, są interesujące ze względu na pojawiające się tam postacie. W wrześniu 2003 r. zostaje ogłoszona upadłość zadłużonych Zakładów Przemysłu Ciągnikowego Ursus. Rok po ogłoszeniu tej decyzji, we wrześniu 2004 r., do Krajowego Rejestru Sądowego została wpisana spółka Kwant. Jej prezesem był zatrzymany niedawno w związku z aferą w SKOK Wołomin były oficer WSI Piotr P. – były szef fundacji Pro Civili (oskarżanej o ogromne nieprawidłowości: pranie pieniędzy, wyłudzanie VAT).

W zarządzie Kwantu zasiadał biznesmen Zbigniew Bogusz, a udziałowcami byli Andrzej Muras, Catherina Machtynger oraz mec. Marek Małecki. Mecenas Małecki był obrońcą Lwa Rywina po wybuchu głośnej afery z udziałem producenta. W radzie nadzorczej do lipca 2006 r. zasiadał również syn Rywina – Marcin.

Kwant wpłacił wadium w wysokości 4 mln zł spółce mecenasa Maleckiego Challenge Eighteen. Jak przekonywał obrońca Rywina w 2007 r. w rozmowie z „Gazetą Polską”, pieniądze Kwantu pochodziły z pożyczki bankowej. Nie wiedział jednak, w którym banku została ona zaciągnięta.

Pieniądze te pozwoliły Challenge Eighteen zakupić 52 hektary terenów po fabryce Ursusa za 92 mln zł. Operacja wzbudzała spore kontrowersje. Ówczesny plan zagospodarowania przewidywał wykorzystanie terenu pod kątem przemysłowym. Niedługo po sprzedaży terenów przez syndyka nastąpiła zmiana w planie i tereny te mogły być przeznaczone pod zabudowę mieszkalną. W praktyce oznaczało to niemal dwukrotny wzrost wartości gruntu.

Tereny Challenge Eighteen wkrótce potem trafiły do Celticu, który na terenie byłej fabryki traktorów planował zbudować tzw. Miasteczko Ursus – projekt bliźniaczy do Miasteczka Wilanów. Za 52 ha terenu Celtic zapłacił aż 212 mln zł – czyli ponad dwukrotnie więcej niż Challenge.

W 2011 r. jedna ze spółek zależnych Celticu – Celtic Asset Management – zmieniła nazwę na KMA. Obecnie, po jej sprzedaży, nazwa firmy to Maddy Investment. Prokurentem firmy został syn prezydenta Bronisława Komorowskiego – Tadeusz. Do spółki tej trafiają sporne (z Ursus Energetyką) grunty konsorcjum. Oficjalnie nie jest to już problem Celtica. Pytanie: po co komuś z zewnątrz takie grunty? Skąd pomysł powierzenia prokury synowi głowy państwa?

Gorący interes

Upadłość Energetyki Ursus byłaby kłopotem wyłącznie jej właściciela Bogdana Bigusa, gdyby nie fakt, że przy wsparciu Rady Warszawy ma niebawem tam powstać… kolejna elektrociepłownia. Przy czym ma ona należeć do Dalkii, która posiada infrastrukturę dostarczającą ciepło do warszawskich domów.

W sprawie tej – jak twierdzą – zbędnej i kosztownej inwestycji interweniowali zarówno radni, jak i przedsiębiorcy zrzeszeni w Stowarzyszeniu Na Rzecz Rozwoju Ursusa (na terenie po fabryce traktorów działa niemal setka przedsiębiorców, zatrudniających ok. 2 000 pracowników).

Stanowczy protest wyraziła też PGNiG Termika SA,występując na sesji rady Dzielnicy Ursus w dniu 5 czerwca 2014 r. W swojej prezentacji dla radnych Termika stwierdziła, że dysponuje w Warszawie mocą cieplną ok. 4 600 MWt, z czego ok. 1 000 MWt (ponad 20 proc.) to nadwyżka mocy, którą z łatwością można przesłać do Ursusa lub do innych odległych dzielnic Warszawy. Ciepło z Termiki dostarczane jest na przykład do luksusowego Osiedla Zielona Italia przylegającego do dzielnicy Ursus.

– Cel budowy nowej elektrociepłowni to jest cel biznesowy Dalkii. Jest wielowątkowy i jest następstwem kupna SPEC przez Dalkię od Miasta st. Warszawy. Dzięki temu Dalkia nie będzie potrzebowała kupować tak dużej ilości ciepła, jak obecnie od producenta, czyli od PGNiG Termika, tylko sama zacznie być znaczącym producentem ciepła w Warszawie, co spowoduje znaczące zmniejszenie przychodów i opłacalności w produkcji ciepła przez PGNiG Termika. Nie bez znaczenia jest to, że Dalkia ma również otwartą drogę do budowy nowego źródła na Białołęce. To stawia pod znakiem zapytania przyszłość PGNiG Termika i opłacalność funkcjonowania tej spółki na rynku w Warszawie. Zagrożona jest również cena ciepła dla mieszkańców Warszawy. Z analiz wykonanych przez PGNiG Termika wynika, że cena ciepła w Warszawie w wyniku budowy nowej elektrociepłowni w Ursusie może wzrosnąć nawet o 30 proc. – twierdzi Bogdana Bigus, prezes i właściciel Energetyki Ursus.

Celem biznesowym Dalkii wydaje się również przejęcie rynku ciepła obsługiwanego aktualnie przez Energetykę Ursus (ponieważ Dalkia przejęła majątek SPEC, ma również sieci ciepłownicze). W Ursusie rozbudowane własne sieci ma także Energetyka Ursus, a Dalkia próbuje ten rynek przejąć, budując swoje sieci (na rynku ciepłowniczym rządzi ten, kto ma sieci, a nie elektrociepłownie).

Zdaniem eksperta, który nie chciał ujawniać nazwiska, plany inwestycyjne Dalkii ośmieszają decyzję ministra skarbu i zarządu PGNiG SA o zakupie PGNiG Termika (wcześniej Vattenfall), gdyż okazuje się, że za kilka państwowych miliardów złotych kupiono źródło ciepła bez zabezpieczenia, że właściciel sieci przesyłowych (monopolista) nie rozpocznie budowy własnych konkurencyjnych źródeł.

Co ciekawe, według naszych informacji budowa elektrociepłowni przez Dalkię ma być zaliczona przez prezydent Warszawy jako wypełnienie zobowiązania prywatyzacyjnego wobec miasta do inwestycji w system ciepłowniczy. Na odległość pachnie to skandalem, gdyż inwestycja Dalkii podniesie ceny ciepła w Warszawie i uderzy w PGNiG SA, który i tak nie ma lekko, ponosząc zawyżone koszty kontraktu jamalskiego (kontrakt przedłużony przez wicepremiera Waldemara Pawlaka w atmosferze skandalu) i borykając się z postępującą liberalizacją rynku gazu. Inwestycja Dalkii w Ursusie pokazuje całkowity brak koordynacji we władzach PO oraz pomiędzy władzami Warszawy a państwa.

Prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz (zarazem wiceszef PO) wspiera plany inwestycyjne Dalkii, pomimo że skutkują one wzrostem cen ciepła dla warszawiaków i uderzają w PGNiG Termika. PGNiG Termika, pośrednio nadzorowane przez ministra skarbu państwa, wynajmuje ekspertów, którzy mają za zadanie znaleźć sposoby na powstrzymanie inwestycji Dalkii. Syn prezydenta figuruje jako prokurent spółki, której działania wspierają inwestycje Dalkii poprzez osłabienie Energetyki Ursus. Ta z kolei upada, pomimo że wniosek o upadłość złożył podmiot niebędący wierzycielem. Plan zagospodarowania Ursusa wraz z budową elektrociepłowni Dalkii w pobliżu osiedli mieszkalnych zostaje uchwalony głosami PO, mimo że tańsze ciepło dla Ursusa można doprowadzić z zewnątrz, nie narażając mieszkańców na pyły, spaliny i hałas z elektrociepłowni Dalkii.

Pikanterii sprawie dodaje fakt, że 3 lipca bieżącego roku konsorcjum Celtic przekazało miastu Warszawa grunty i ulice. Miało to miejsce dwa dni przed uchwaleniem nowego planu zagospodarowania przestrzennego. Podobne sytuacje były traktowane przez CBA jako korupcyjne.

Urszula Łoś, występująca w imieniu konsorcjum Celtic, pytana, czy nie obawia się negatywnego wydźwięku tej operacji, wyjaśniła: „Wręcz przeciwnie. Firma już znacznie wcześniej formalnie potwierdziła gotowość bezpłatnego przekazania na rzecz m.st. Warszawy terenów przeznaczonych w Miejscowym Planie Zagospodarowania Przestrzennego na funkcje społeczne. Działania pro publico bono, a tak jest w tym przypadku, trudno postrzegać negatywnie” – twierdzi.

Tekst Oryginalny

Czytaj więcej